Pojechaliśmy w trójkę do Polski. Już po drodze dostaliśmy informację, że męża mama trafiła do szpitala.
Pierwszy tydzień mieliśmy spędzić w Zduńskiej Woli. Pierwsza zmiana planów. Po dotarciu i jednodniowym odpoczynku, znów w auto i w Sudety. Niedzielę spędziliśmy z Zosi babcią w szpitalu. Wieczorem odwiedziny u Zosi kuzynki w Nowej Rudzie. Kolejny dzień zaczęliśmy najbardziej wakacyjne jak można, bo od lodów :-) (nie pamiętam czy kiedykolwiek już pisałam o kawiarni Biała Lokomotywa) nie znam pyszniejszych lodów, zwłaszcza pistacjowych. Właściciel ma własne receptury i patenty na lody i kawę i jest absolutnym mistrzem świata i okolic. Potem pojechaliśmy do miniatur w Kłodzku bo postanowiłam je porównać do tych z Brukseli.
Miejsce miłe, zadbane i wszystko byłoby na miejscu gdyby nazwa była "Mini Europa " i zabytki ziemi kłodzkiej.
Bez tego uzupełnienia trochę ma się poczucia, że mało Europy na tle zabytków dolnośląskich i zupełnie nie wiadomo do czego dopasować statuę wolności :-)Powrót do centralnej Polski, my z Zosią na cztery dni, mąż w miedzy czasie jeszcze raz pojechał do mamy (druga zmiana planów).
W piątek ruszyliśmy na północ do trójmiasta. Miły weekend spędzony z moją rodziną na śmiechu, zakupach, wieczorami spacerach (bo w ciągu dnia upał był nie do zniesienia), koncertach, ogólnie miło :-)
Następnego dnia w podróży do ośrodka wczasowego doścignęła nas wiadomość że mamy stan się pogorszył.
Ośrodek "Kacze Stawy" marzenie dla rodzin z dziećmi i zwierzakami.
Ponad 70 domków, umiejscowionych tak, że każdy ma odrębność i intymność. Basen z podgrzewaną wodą (w tym roku nie było takiej potrzeby ;-))
kilka placów zabaw, boisk do gier i zajęcia organizowane od rana do wieczora dla dzieciaków w różnym wieku. Dodatkowym atutem przepyszne jedzenie i autobusy wożące na plażę w Łebie. U nas upał, atmosfera rodzinna i lekka niechęć do auta powodowały że Zosi zachwyt ośrodkiem, basenem i zajęciami pozwalały nie myśleć o jeździe nad morze. Cudownie było patrzeć na radość dziecka kąpiącego się do 23ej w basenie.
W środę przyszła ta najsmutniesza wiadomość i po rozwarzeniu rozsądnych za i przeciw postanowiliśmy, że w podróż 730km z Łeby do Srebrnej Góry pojedziemy my z mężem. Zosia zostanie z moją mamą i pieskiem na wczasach. Trzecia zmiana planów. I kolejne dwa i pół dnia spędziliśmy na jeździe z północy na południe i z południa na północ Polski. W całej tej niedoli pocieszająca była tylko myśl że córcia jest szczęśliwa w basenie albo innych zajęciach z gotowania ; -)
Ostatni dzień, nie mogłam pozwolić by będąc tak blisko ruchomych wydm, nie pokazać ich córce, więc przegonilam nas jeszcze po lesie, wydmach i najpiękniejszej dzikiej plaży by dopiero na koniec usłyszeć że było warto, choć ciężko :P
Podczas wędrówki lasem zajrzałyśmy jeszcze do wyrzutni rakiet. Miejsce godne odwiedzenia.
W drodze powrotnej do Zduńskiej Woli pojechaliśmy na rybkę do Łeby.ö
Tam nie można było ominąć domku z piernika do góry nogami.
Resztę tygodnia załatwialiśmy jeszcze różne sprawy urzędowe i inne , by w piątek wsiąść w samochód i wrócić 1300km do Belgii. Dziwny to był urlop.

















