Urlop cz.1
Na urlop drogą kompromisu pojechaliśmy na trzy dni w góry i cztery nad morze :-)) Ja jestem amatorem aktywnego wypoczynku, dlatego bardzo mi odpowiada chodzenie po górach. Nie jakiś wysokich, Bieszczady czy Góry Stołowe zapewniają mi wystarczająco dużo atrakcji, a i dziecko ze sobą łatwiej zabrać.
W tym roku za cel postawiłam sobie Teplickie Skalne Miasto po Czeskiej stronie Gór Sowich. Już sam dojazd wśród najstarszych gór w Europie oddaje majestat tego miejsca a sama wycieczka nas zauroczyła i na długo pozostanie w pamięci. Zosia nawet snuje plany na kolejne szlaki: Adrspaskie Skalne Miasto - zwiedzanie połączone z pływaniem łodzią.
Wróćmy jednak to Teplic nad Metuji już od samego początku można podziwiać olbrzymie skały mierzące od kilkudziesięciu do blisko 100 m wysokości.
Wiele z nich jest na tyle blisko siebie, by tworzyć wąskie kaniony oraz
ciasne tunele, po polskiej stronie jest podobnie na Szczelińcu(!). Również sam wygląd formacji skalnych jest na tyle
niecodzienny, że wiele z nich ma swoje nazwy odzwierciedlające wygląd,
m.in.: Głowa Psa, Niedźwiedź Polarny, Topór Rzeźnika, Wykałaczka czy Jaskółcze Gniazdo.
Jedną z większych atrakcji jest możliwość wspięcia się po stromych
schodach i drabinach na punkt widokowy (630 m n.p.m.), na którego
szczycie znajdował się w XIV wieku zamek Střmen. Do samego szczytu prowadzą metalowe schody, które później zamieniają się w coś rodzaju drabinek, po których trzeba schodzić tyłem, razem ponad 300 stopni. Niezapomniane przeżycie, a do tego mała dawka adrenaliny, szczególnie jak trzeba wymijać się z idącymi w przeciwnym kierunku!
Dalej wędruje się wśród cudownie urokliwych okazów przyrody i roślinnych i skalnych, nie jestem w stanie tego opisać słowami, ale miejsce naprawdę godne odwiedzenia. Bary znajdujące się przy parkingu, przy wejściu do Rezerwatu Przyrody, mimo swej lokalizacji, wcale nie są piorunująco drogie i śmiało polecam na posiłek regenerujący oraz czeski cudny gorzki chmielowy napój chłodzący.
niedziela, 17 sierpnia 2014
niedziela, 27 lipca 2014
Inne możliwości...
Oprócz wycieczek planowanych przeze
mnie i w których ja uczestniczę, Zosia bierze udział w
jednodniowych wyjazdach organizowanych przez miejscowe domy kultury i
inne placówki. Bierze też udział w organizowanych zajęciach tzw
„półkoloniach”. Jest zachwycona (zawsze miała łatwość w
nawiązywaniu kontaktów i odnalezieniu się w nowym miejscu), bo
poznaje nowe miejsca, nowe osoby i nowe okoliczności znanych już
miejsc. Ostatnio np. po raz kolejny miała iść do Muzeum Historii
Miasta i nie była zachwycona, bo „tam jest nudno”. Powiedziałam
-”zobaczymy może tym razem nie będzie nudno, wiesz idziesz z
innymi dziećmi, paniami może sama wyprawa będzie ciekawa”.
Wróciła zachwycona, bo teraz było na powietrzu,w ogrodzie
opowiadanie i śpiewanie i dzieci uczestniczyły w żywej lekcji
historii.
Inne miejsca w które warto wysłać
dziecko w czasie wakacji, ja wyszukuję w internecie okazji i
niedrogich wycieczek. I tak Zosia była w Krasiejowie w ParkuDinozaurów, w Bełchatowie, na wystawie Giganty Mocy i górzeKamieńsk, gdzie jeździli wyciągami i zjeżdżali torami
saneczkowymi, i była w Łodzi w teatrze wycieczka pod nazwą
Baśniowa Kawiarenka, spektakl w tym część interaktywna, słodki
poczęstunek, konkursy i quizy. Jak można zauważyć, moje pomysły
na atrakcje wakacyjne nie są bardzo kosztotwórcze. Dlatego też
pomyślałam, że podzielę się z innymi, że nie trzeba mieć dużo
pieniędzy by zaoferować dziecku mnóstwo niezapomnianych wrażeń,
atrakcji i by miało co wspominać i opowiadać po powrocie do
szkoły.
Rycerze i Strońsko.
Kolejny dzień z pieczęcią
historyczną. Pojechaliśmy się do Strońska. Miejscowość
niewielka, ale bardzo cenna pod względem walorów
kulturowo-historyczno-przyrodniczych. Teren bardzo pagórkowaty jak
na te strony, z uroczo wijącą się rzeką Wartą i to dzięki tym
aspektom o Strońsku są wyraźne wzmianki w historii.
Pod względem zabytkowym warto
odwiedzić dla obejrzenia romańskiego kościoła „Św. Urszuli i
11tysiąca dziewic” (nazwa też niczego sobie ;-) ).
Wnętrza kościoła nie udało nam się
zobaczyć, bo był zamknięty, a plan wejścia podczas mszy,
zniweczył mój błąd, bo pomyliły mi się dni i nie o tej porze,
co trzeba, przyszliśmy. Tuż obok kościoła jest park wiejski. W
tymże parku odbywał się turniej rycerski i trwająca dwa dni
impreza. Impreza pod hasłem „W grodzie Mściwoja”(pierwszy
historycznie udokumentowany władca Strońska, XIIIw., na jego
polecenie został wzniesiony w/w kościół) w sobotę nie
przyciągnęła wielkich tłumów, co dla nas było z korzyścią.
Inscenizatorzy mięli szansę i czas
każdego uczestnika indywidualnie otoczyć uwagą i opowiadać,
prezentować zbroję, broń co dodało uroku wydarzeniu. Po południu
odbył się turniej rycerski i inscenizacja zdobycia grodu, całość
oceniam za godną uwagi i obecności i polecam kolejne edycje.
Dodatkowym atutem historycznym Strońska
jest linia obronna Warty i zachowane od II w.ś bunkry polskich
żołnierzy z Armii Łódź. Zosia miała więc kolejną lekcję
historii.
Dojście do bunkrów jest w połowie drogi do rzeki, gdzie oczywiście także zawitaliśmy, bo teraz pływanie jest niezwykłe emocjonującym elementem spędzania wakacji.
Podczas festynu natrafiliśmy także na objazdowy punkt informacji turystycznej, panie z ochotą wręczyły nam dużą dawkę folderów i map. Mamy zatem co studiować i planować kolejne wyprawy by poznawać okolicę.
czwartek, 24 lipca 2014
Rowerem do historii
Przedwczoraj pogoda była mało basenowa więc wybrałyśmy się z córką na wycieczkę rowerową. Szukając jakiejś inspiracji na cel, kierunek wycieczki natrafiłam na artykuł w necie o pochówku żołnierzy armii niemieckiej, austro-węgierskiej i rosyjskiej poległych podczas "Bitwy łódzkiej".
Zosia chętnie dała się namówić na taki cel wyprawy, dokładając do tego jeszcze skansen lokomotyw, leżący w stosunkowo niedalekiej odległości. Ruszyłyśmy na wycieczkę szlakiem historii. Dojazd do lasu okazał się nie do końca łatwy. Po raz pierwszy jechałyśmy nie ścieżką rowerową czy chodnikiem, tylko poboczem szosy, na której od czasu do czasu mijały nas auta. Zosia miała lekki stres ale dzielnie sobie z tym poradziła. Ja pozwalałam jej jechać takim wolnym tempem jaki jej odpowiadał i na tyle blisko, by bez trudu słyszeć ją a ona mnie. Gdy dotarłyśmy do lasu wyraźnie widać było ulgę u mojej dzielnej siedmiolatki. Tu okazało się, że znalezienie 100-letnich mogił w lesie nie jest wcale takie łatwe. http://zdunskawola24.pl/mapa/zdunska-wola/#wiadomosci-1905/.
Poszłam do leżącego opodal gospodarstwa, lecz Pan nie dość skutecznie mi wytłumaczył, nadal krążyłyśmy i nie mogłyśmy znaleźć. Ale gdy zapytałam w drugim miejscu, Pan się tak wzruszył, że wsiadł na rower i zaprowadził nas do cmentarzyka. Przy pożegnaniu i dziękowaniu za fatygę - Pan powiedział - "nie ma sprawy, oby więcej takich,co to interesują się takimi miejscami i uczą swoje dzieci". Zobaczyłam wtedy jak Zosia puchnie z dumy :-)
Trochę czasu tam spędziłyśmy, rozmawiając o braku Państwa Polskiego na mapach świata, i walkach "obcych" żołnierzy na "naszych" ziemiach.
Dalej pojechałyśmy do "Skansenu lokomotyw". To jest ciekawe miejsce, o którym bardzo mało (a może najmniej) wiedzą mieszkający tu mieszkańcy regionu. Ale o tym kiedy indziej, bo nie mam ochoty na wtręty polityczne, a bez tego by się nie obeszło. Nasz skansen jest drugim w Polsce takim miejscem, a powiedział mi o tym mieszkaniec Krakowa, którego spotkałam w Sopocie ;-) Trochę zaniedbane miejsce, ale z pewnością również warte odwiedzenia i zadumy nad przeszłością.
Potęga, masa i wielkość maszyn naprawdę robią wrażenie, a fakt że do wielu z nich można wejść (część jest niestety zbyt mocno zdewastowana) dodaje wycieczce dodatkowego uroku i pobudza wyobraźnię dużych i małych ;-)
Tyle z wycieczki szlakiem historii w regionie, w weekend planujemy odwiedzić czasy rycerskie ;-)
Zosia chętnie dała się namówić na taki cel wyprawy, dokładając do tego jeszcze skansen lokomotyw, leżący w stosunkowo niedalekiej odległości. Ruszyłyśmy na wycieczkę szlakiem historii. Dojazd do lasu okazał się nie do końca łatwy. Po raz pierwszy jechałyśmy nie ścieżką rowerową czy chodnikiem, tylko poboczem szosy, na której od czasu do czasu mijały nas auta. Zosia miała lekki stres ale dzielnie sobie z tym poradziła. Ja pozwalałam jej jechać takim wolnym tempem jaki jej odpowiadał i na tyle blisko, by bez trudu słyszeć ją a ona mnie. Gdy dotarłyśmy do lasu wyraźnie widać było ulgę u mojej dzielnej siedmiolatki. Tu okazało się, że znalezienie 100-letnich mogił w lesie nie jest wcale takie łatwe. http://zdunskawola24.pl/mapa/zdunska-wola/#wiadomosci-1905/.
Poszłam do leżącego opodal gospodarstwa, lecz Pan nie dość skutecznie mi wytłumaczył, nadal krążyłyśmy i nie mogłyśmy znaleźć. Ale gdy zapytałam w drugim miejscu, Pan się tak wzruszył, że wsiadł na rower i zaprowadził nas do cmentarzyka. Przy pożegnaniu i dziękowaniu za fatygę - Pan powiedział - "nie ma sprawy, oby więcej takich,co to interesują się takimi miejscami i uczą swoje dzieci". Zobaczyłam wtedy jak Zosia puchnie z dumy :-)
Trochę czasu tam spędziłyśmy, rozmawiając o braku Państwa Polskiego na mapach świata, i walkach "obcych" żołnierzy na "naszych" ziemiach.
Dalej pojechałyśmy do "Skansenu lokomotyw". To jest ciekawe miejsce, o którym bardzo mało (a może najmniej) wiedzą mieszkający tu mieszkańcy regionu. Ale o tym kiedy indziej, bo nie mam ochoty na wtręty polityczne, a bez tego by się nie obeszło. Nasz skansen jest drugim w Polsce takim miejscem, a powiedział mi o tym mieszkaniec Krakowa, którego spotkałam w Sopocie ;-) Trochę zaniedbane miejsce, ale z pewnością również warte odwiedzenia i zadumy nad przeszłością.
Potęga, masa i wielkość maszyn naprawdę robią wrażenie, a fakt że do wielu z nich można wejść (część jest niestety zbyt mocno zdewastowana) dodaje wycieczce dodatkowego uroku i pobudza wyobraźnię dużych i małych ;-)
| http://www.skansen.zdunia.pl/ |
Tyle z wycieczki szlakiem historii w regionie, w weekend planujemy odwiedzić czasy rycerskie ;-)
poniedziałek, 21 lipca 2014
Powitanie
Witam
do dziś byłam przeciwnikiem, blogowania, dziś coś się zmieniło...zobaczymy co mi z tego wyjdzie, kto wie, może to polubię ;-)
na ten moment plan mam na opisywanie planowanych i realizowanych przeze mnie wycieczek i sposobów na spędzanie czasu z dzieckiem.
Biwak
W tamtym tygodniu byliśmy na biwaku. Biwak to dość szumnie powiedziane,bo tylko 2 dni, ale to ze względu na moją pracę. Nie wykluczone, że w miarę możliwości będziemy powtarzać nasze dwu dniowe wypady na łono natury, bo było twórczo i wesoło dla całej naszej trójki.
Dla chcącego nie ma nic trudnego. Pojechaliśmy ok10km. od miejscowości w której mieszkamy. Mimo bliskości od domu i krótkiego czasu pobytu, plan był by nie zabrakło żadnych obowiązkowych punktów programu jak na najprawdziwszym długo terminowym biwaku. Więc zaraz po dojechaniu, wybraliśmy miejsce w którym rozbijemy namiot. Potem nastąpiło jego stawianie. Zabawa była przednia, bo ja nigdy nie rozbijałam namiotu, mój mąż ostatnio jakieś 30lat temu i nasza siedmioletnia córka oczywiście debiutowała. Po uporaniu się z ustawieniem miejsca noclegowego w nagrodę popędziliśmy nad rzekę :-) prąd okazał się silny, więc Zosia mimo tego, że w tamtym roku nauczyła się pływać, nie mogła szaleć do woli, tylko z naszą asekuracją.
Po ochłodzeniu, grach na trawie i kocu, posiłku z grilla, ruszyliśmy na ekspedycję-"ekspozycję"(cyt.z Kubusia Puchatka) poszukiwanie drewna na opał. Duża torba z Ikea, była bardzo pomocna,bo nie rąbaliśmy tylko zbieraliśmy co las dawał. Zosia dodatkowo sama z tatą przed wieczorem jeszcze raz poszli przyciągnąć dodatkowe gałęzie. Ognisko okazało się wielką atrakcją dla siedmiolatki.
Stawianie kopczyka, późniejsze dokładanie, pieczenie kiełbasek zupełnie przyćmiły zmęczenie i dokuczliwe dokazywanie komarów. Te szalały, zupełnie nie przejmując się świetnym środkiem w sprayu, który nabyłam na ten wyjazd. Jak się trochę później okazało komary i gzy kichały na spraya, bo zbliżały się burze. No i rozszalały się burze w około w odległości kilku i kilku nastu kilometrów, bardzo ładnie przeszły ze wschodu na południowy zachód. Nam prezentując śliczną tęczę a na koniec daleko, wysoko nad rzeką umieszczoną pięknie rozbłyskującą chmurę. I tu się okazało nasza bliskość od domu i możliwość powrotu w ciągu 30min pozwoliła nam spokojnie czekać i obserwować rozwój sytuacji. Burze sobie poszły u nas nie spadła nawet kropla. Noc pod namiotem fajnie zniesiona przez Zosię, przyniosła śliczny słoneczny poranek.
"Kawa z rana jak śmietana" więc bez czarnego trunku się nie obyło. Kolejnym punktem było pokazanie siedmiolatce, jak to trzeba radzić sobie z kąpielą i zmywaniem w rzece. Wszystkie czynności włącznie z myciem zębów (którego Zosia nienawidzi :( ) nagle okazały się niezwykle emocjonujące i fantastyczne :-) Potem ruszyliśmy na wyprawę do sklepu po chleb (celowo zabrałam za mało ;-) ) spacer wśród łąk, z obserwowaniem traw, roślin, różnokolorowych ważek.
Dalej ten dzień to kąpiele, granie w "czoło", kolejne ognisko i obiad i deser z ogniska (po raz pierwszy zrobiłam banany w popiele-wyszły super-polecam) i powrót do domu. Tyle można przeżyć z siedmiolatkiem w dwa dni 10km od domu, :-) bez komputerów, tabletów itp. Trzeba tylko chcieć i nauczyć też tego samego chcieć nasze dziecko.
do dziś byłam przeciwnikiem, blogowania, dziś coś się zmieniło...zobaczymy co mi z tego wyjdzie, kto wie, może to polubię ;-)
na ten moment plan mam na opisywanie planowanych i realizowanych przeze mnie wycieczek i sposobów na spędzanie czasu z dzieckiem.
Biwak
W tamtym tygodniu byliśmy na biwaku. Biwak to dość szumnie powiedziane,bo tylko 2 dni, ale to ze względu na moją pracę. Nie wykluczone, że w miarę możliwości będziemy powtarzać nasze dwu dniowe wypady na łono natury, bo było twórczo i wesoło dla całej naszej trójki.
Dla chcącego nie ma nic trudnego. Pojechaliśmy ok10km. od miejscowości w której mieszkamy. Mimo bliskości od domu i krótkiego czasu pobytu, plan był by nie zabrakło żadnych obowiązkowych punktów programu jak na najprawdziwszym długo terminowym biwaku. Więc zaraz po dojechaniu, wybraliśmy miejsce w którym rozbijemy namiot. Potem nastąpiło jego stawianie. Zabawa była przednia, bo ja nigdy nie rozbijałam namiotu, mój mąż ostatnio jakieś 30lat temu i nasza siedmioletnia córka oczywiście debiutowała. Po uporaniu się z ustawieniem miejsca noclegowego w nagrodę popędziliśmy nad rzekę :-) prąd okazał się silny, więc Zosia mimo tego, że w tamtym roku nauczyła się pływać, nie mogła szaleć do woli, tylko z naszą asekuracją.
Po ochłodzeniu, grach na trawie i kocu, posiłku z grilla, ruszyliśmy na ekspedycję-"ekspozycję"(cyt.z Kubusia Puchatka) poszukiwanie drewna na opał. Duża torba z Ikea, była bardzo pomocna,bo nie rąbaliśmy tylko zbieraliśmy co las dawał. Zosia dodatkowo sama z tatą przed wieczorem jeszcze raz poszli przyciągnąć dodatkowe gałęzie. Ognisko okazało się wielką atrakcją dla siedmiolatki.
Stawianie kopczyka, późniejsze dokładanie, pieczenie kiełbasek zupełnie przyćmiły zmęczenie i dokuczliwe dokazywanie komarów. Te szalały, zupełnie nie przejmując się świetnym środkiem w sprayu, który nabyłam na ten wyjazd. Jak się trochę później okazało komary i gzy kichały na spraya, bo zbliżały się burze. No i rozszalały się burze w około w odległości kilku i kilku nastu kilometrów, bardzo ładnie przeszły ze wschodu na południowy zachód. Nam prezentując śliczną tęczę a na koniec daleko, wysoko nad rzeką umieszczoną pięknie rozbłyskującą chmurę. I tu się okazało nasza bliskość od domu i możliwość powrotu w ciągu 30min pozwoliła nam spokojnie czekać i obserwować rozwój sytuacji. Burze sobie poszły u nas nie spadła nawet kropla. Noc pod namiotem fajnie zniesiona przez Zosię, przyniosła śliczny słoneczny poranek.
"Kawa z rana jak śmietana" więc bez czarnego trunku się nie obyło. Kolejnym punktem było pokazanie siedmiolatce, jak to trzeba radzić sobie z kąpielą i zmywaniem w rzece. Wszystkie czynności włącznie z myciem zębów (którego Zosia nienawidzi :( ) nagle okazały się niezwykle emocjonujące i fantastyczne :-) Potem ruszyliśmy na wyprawę do sklepu po chleb (celowo zabrałam za mało ;-) ) spacer wśród łąk, z obserwowaniem traw, roślin, różnokolorowych ważek.
Dalej ten dzień to kąpiele, granie w "czoło", kolejne ognisko i obiad i deser z ogniska (po raz pierwszy zrobiłam banany w popiele-wyszły super-polecam) i powrót do domu. Tyle można przeżyć z siedmiolatkiem w dwa dni 10km od domu, :-) bez komputerów, tabletów itp. Trzeba tylko chcieć i nauczyć też tego samego chcieć nasze dziecko.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)