Witam
do dziś byłam przeciwnikiem, blogowania, dziś coś się zmieniło...zobaczymy co mi z tego wyjdzie, kto wie, może to polubię ;-)
na ten moment plan mam na opisywanie planowanych i realizowanych przeze mnie wycieczek i sposobów na spędzanie czasu z dzieckiem.
Biwak
W tamtym tygodniu byliśmy na biwaku. Biwak to dość szumnie powiedziane,bo tylko 2 dni, ale to ze względu na moją pracę. Nie wykluczone, że w miarę możliwości będziemy powtarzać nasze dwu dniowe wypady na łono natury, bo było twórczo i wesoło dla całej naszej trójki.
Dla chcącego nie ma nic trudnego. Pojechaliśmy ok10km. od miejscowości w której mieszkamy. Mimo bliskości od domu i krótkiego czasu pobytu, plan był by nie zabrakło żadnych obowiązkowych punktów programu jak na najprawdziwszym długo terminowym biwaku. Więc zaraz po dojechaniu, wybraliśmy miejsce w którym rozbijemy namiot. Potem nastąpiło jego stawianie. Zabawa była przednia, bo ja nigdy nie rozbijałam namiotu, mój mąż ostatnio jakieś 30lat temu i nasza siedmioletnia córka oczywiście debiutowała. Po uporaniu się z ustawieniem miejsca noclegowego w nagrodę popędziliśmy nad rzekę :-) prąd okazał się silny, więc Zosia mimo tego, że w tamtym roku nauczyła się pływać, nie mogła szaleć do woli, tylko z naszą asekuracją.
Po ochłodzeniu, grach na trawie i kocu, posiłku z grilla, ruszyliśmy na ekspedycję-"ekspozycję"(cyt.z Kubusia Puchatka) poszukiwanie drewna na opał. Duża torba z Ikea, była bardzo pomocna,bo nie rąbaliśmy tylko zbieraliśmy co las dawał. Zosia dodatkowo sama z tatą przed wieczorem jeszcze raz poszli przyciągnąć dodatkowe gałęzie. Ognisko okazało się wielką atrakcją dla siedmiolatki.

Stawianie kopczyka, późniejsze dokładanie, pieczenie kiełbasek zupełnie przyćmiły zmęczenie i dokuczliwe dokazywanie komarów. Te szalały, zupełnie nie przejmując się świetnym środkiem w sprayu, który nabyłam na ten wyjazd. Jak się trochę później okazało komary i gzy kichały na spraya, bo zbliżały się burze. No i rozszalały się burze w około w odległości kilku i kilku nastu kilometrów, bardzo ładnie przeszły ze wschodu na południowy zachód. Nam prezentując śliczną tęczę a na koniec daleko, wysoko nad rzeką umieszczoną pięknie rozbłyskującą chmurę. I tu się okazało nasza bliskość od domu i możliwość powrotu w ciągu 30min pozwoliła nam spokojnie czekać i obserwować rozwój sytuacji. Burze sobie poszły u nas nie spadła nawet kropla. Noc pod namiotem fajnie zniesiona przez Zosię, przyniosła śliczny słoneczny poranek.

"Kawa z rana jak śmietana" więc bez czarnego trunku się nie obyło. Kolejnym punktem było pokazanie siedmiolatce, jak to trzeba radzić sobie z kąpielą i zmywaniem w rzece. Wszystkie czynności włącznie z myciem zębów (którego Zosia nienawidzi :( ) nagle okazały się niezwykle emocjonujące i fantastyczne :-) Potem ruszyliśmy na wyprawę do sklepu po chleb (celowo zabrałam za mało ;-) ) spacer wśród łąk, z obserwowaniem traw, roślin, różnokolorowych ważek.
Dalej ten dzień to kąpiele, granie w "czoło", kolejne ognisko i obiad i deser z ogniska (po raz pierwszy zrobiłam banany w popiele-wyszły super-polecam) i powrót do domu. Tyle można przeżyć z siedmiolatkiem w dwa dni 10km od domu, :-) bez komputerów, tabletów itp. Trzeba tylko chcieć i nauczyć też tego samego chcieć nasze dziecko.