wtorek, 28 marca 2017

Spotkanie z Duchem Gór

Poniosło nas w Karkonosze :-) Sudety, Góry Sowie czyli rodzinne strony taty Zosi.

Trzeba poznawać historię kraju i rodziny więc skorzystałyśmy z nadarzającej się okazji pojechałyśmy na zorganizowaną trzydniową wycieczkę.
Świdnica
Pierwszy dzień zaczęliśmy od zwiedzania Kościoła Pokoju w Świdnicy,

powstał na mocy pokoju westfalskiego, (stąd nazwa), kończącego wojnę trzydziestoletnią, jest jednym z trzech powstałych na ziemiach polskich. Zgodnie z pokojem westfalskim, katolicki cesarz Ferdynand III Habsburg został zobowiazany przez Szwedów do zezwolenia ewangelikom na wybudowanie w ciągu 12-tu miesięcy, z materiałów nietrwałych i na odległość wystrzału kuli armatniej. Potem poszliśmy na rynek świdnicki by z wieży widokowej podziwiać miasto i jego panoramę. Ostatnim punktem była Katedra. Piękna gotycka budowla z zachwycającym  wnętrzem, jeden z największych kościołów Dolnego Śląska.
Zosia miała to szczęście, że na tą wycieczkę pojechały także jej przyjaciółki

Kompleks Rise
Kolejnym punktem wycieczki tego dnia był Kompleks Rise w Walimiu.


Sztolnie Walimskie to tzw.kompleks "Rzeczka", jeden z siedmiu wybudowanych przez Niemców w czasie II wojny światowej w Górach Sowich. Budowa kompleksów Riese była jedną z największych militarnych inwestycji III Rzeszy, która nigdy nie została ukończona.

Dzieci słuchały z przejęciem o czasach hitlerowskich i warunkach obozowiczów wykorzystywanych w kopalniach przy drążeniu w litej skale. Historie i klimat panujący w sztolniach mocno podziałały na wyobraźnie małych podróżników. Wieczorem musiałam przeczytać dużo baśni i legend aż się łepusie ukoiły do snu :-)

Karpacz
Drugi dzień przywitał nas piękną pogodą i pomknęliśmy do Karpacza do nowoczesnego muzeum "Karkonoskie Tajemnice", a po zapoznaniu się z tajemnicami i legendami, żółtym szlakiem poszliśmy do Kaplicy św.Anny i Dobrego Źródełka, wdrapaliśmy się na skałkę "Patelnia" z mocą Czakramy i pobraliśmy energię z kosmosu.

Skałka Patelnia znajduje się na zachodnim stoku Grabowca góry czarownic i wiedźm a prowadząca tutaj droga zwana jest Ścieżką Czarownic.
Następnie postanowiliśmy poczuć się jak skoczkowie narciarscy na skoczni Orlinek. Dziewczyny zachwycił też płot z nart.

Przez cały dzień towarzyszył nam Duch Gór, pozwalając, na to by cudownie widoczny był szczyt Śnieżki pięknie ośnieżonej.

Zdobycie Śnieżki z wycieczką dzieci wykluczyła panująca tam głęboka zima. Szczyt był naszym kompanem, również podczas romantycznego spaceru po Bukowcu. Dzień zakończyliśmy ogniskiem i rozmowami o Liczyrzepie /Duchu Gór/Karkonoszu.

Park Miniatur Zabytków Dolnego Śląska w Kowarach.

Trzeciego dnia zachwyt Zosi, innych dzieci jak i dorosłych wzbudziły precyzyjnie wykonane miniatury zabytków Dolnego Śląska.

Cudowne miejsce. Ja osobiście zakochałam się w zamku Książ i już obmyślam jak tam pojechać z Zosią.

Znaleźliśmy nawet złoty pociąg :-)


Z Kowar pojechaliśmy do huty szkła kryształowego, gdzie dzieciaczki z otwartymi buziami patrzyły jak powstają zachwycające ręcznie wykonane arcydzieła z kryształu.
Następnie należało odwiedzić Karkonoski Park Krajobrazowy, tam urzekł nas wodospad Szklarki.

Ochom i achom nie było końca więc, żeby nieco osłodzić gorzki powrót do rzeczywistości w której w poniedziałek trzeba pójść do szkoły wyciszaliśmy się w Termach w Cieplicach :-) tak zakończyła się nasza kolejna wycieczka krajoznawcza, która przyniosła niedosyt i pragnienie ponownego powrotu w tamte urocze strony :-)


środa, 1 marca 2017

Blankenberge Sea Life

Kolejny raz poleciałyśmy z Zosią do Belgii.

Wyjazd bardzo rodzinny i jak na pięć dni pobytu jedna wycieczka to trochę mało ;-) ale tak wyszło trochę przez pogodę jeszcze mało wiosenną ; -) Nie mniej jednak, razem z tatą pojechaliśmy do Blankenberge nad morze Północne. Miasto mniejsze od Ostende, mniej miejsc do zwiedzania. Było zniszczone w czasie I wojny światowej. Odbudowane w latach 1931-33. Casyno w stylu Art Deco wybudowane w miejscu dawnej Twierdzy Napoleońskiej. Molo 350 metrowe z ciekawym Pavilonem na końcu.

W środku kawiarnia, gdzie oszklone sciany pozwalają przy kawie obserwować morze. Mieści się tutaj też wystawa zdjęć efektów zjawisk naturalnych obserwowanych nad morzem.
Naszą wizytę w tym miasteczku rozpoczęliśmy od wizyty w "oceanarium" Sea Live.

Miejsce zdecydowanie godne polecenia. Nie jest to może zbyt duże ale sposób prezentacji zwierząt, warunki jakie mają stworzone do życia wzbudzają zachwyt i poruszają wyobraźnię.
Widząc około metrowego kraba, sama wyobrażałam sobie jakbym się czuła spotykając go w jego środowisku naturalnym. Moja wyobraźnia nie zdążyła uciekać przed olbrzymem ;-)

Zosia wzruszyła się w klinice dla fok, a po chwili zaśmiewała się podczas pokazu karmienia ich.


Zwiedzając wnętrza zrobione na wzór starego statku podwodnego zachycaliśmy się oglądając bogatą paletę żyjątek świata podwodnego. Barwność tego świata jest wprost nie do uwierzenia, zawsze mam wrażenie, że mogłabym zamienić TV na takie akwarium i nigdy by mi się nie znudziło.



 Świetne było także przejście tunelem gdzie nad głowami pływały nam rekiny plaszczki itp. Po wizycie w Sea Life poszliśmy nad morze na molo.

 Tu było podobnie jak w naszym Sopocie (tylko molo dużo krótsze) ale za to dojście ciekawe bo w wąwozie wykopanym w wydmach. Była więc ochrona przed wiatrem, a szum morza i piasek z muszelkami pod nogami pozostały. Potem bulwarem, już takim klasycznym, wybetonowanym, w sezonie podejrzewam że ciężko przejść, spacerkiem wybraliśmy restauracyjkę na obiad. Zamówiliśmy danie dnia. Pierwsze danie zaskoczyło nas formą podania, bo w szklankach z duraleksu dostaliśmy zupę pomidorową :D ale w smaku była fantastyczna, a drugim daniem podbili nasze serca i podniebienia-ziemniaki purre, podane jak bukiet kwiatów, z owocami morza pod beszamelowym sosem-bomba! Po tych doznaniach wróciliśmy obiecując sobie jeszcze powrót do Blankenberge w lecie :-)