środa, 1 marca 2017

Blankenberge Sea Life

Kolejny raz poleciałyśmy z Zosią do Belgii.

Wyjazd bardzo rodzinny i jak na pięć dni pobytu jedna wycieczka to trochę mało ;-) ale tak wyszło trochę przez pogodę jeszcze mało wiosenną ; -) Nie mniej jednak, razem z tatą pojechaliśmy do Blankenberge nad morze Północne. Miasto mniejsze od Ostende, mniej miejsc do zwiedzania. Było zniszczone w czasie I wojny światowej. Odbudowane w latach 1931-33. Casyno w stylu Art Deco wybudowane w miejscu dawnej Twierdzy Napoleońskiej. Molo 350 metrowe z ciekawym Pavilonem na końcu.

W środku kawiarnia, gdzie oszklone sciany pozwalają przy kawie obserwować morze. Mieści się tutaj też wystawa zdjęć efektów zjawisk naturalnych obserwowanych nad morzem.
Naszą wizytę w tym miasteczku rozpoczęliśmy od wizyty w "oceanarium" Sea Live.

Miejsce zdecydowanie godne polecenia. Nie jest to może zbyt duże ale sposób prezentacji zwierząt, warunki jakie mają stworzone do życia wzbudzają zachwyt i poruszają wyobraźnię.
Widząc około metrowego kraba, sama wyobrażałam sobie jakbym się czuła spotykając go w jego środowisku naturalnym. Moja wyobraźnia nie zdążyła uciekać przed olbrzymem ;-)

Zosia wzruszyła się w klinice dla fok, a po chwili zaśmiewała się podczas pokazu karmienia ich.


Zwiedzając wnętrza zrobione na wzór starego statku podwodnego zachycaliśmy się oglądając bogatą paletę żyjątek świata podwodnego. Barwność tego świata jest wprost nie do uwierzenia, zawsze mam wrażenie, że mogłabym zamienić TV na takie akwarium i nigdy by mi się nie znudziło.



 Świetne było także przejście tunelem gdzie nad głowami pływały nam rekiny plaszczki itp. Po wizycie w Sea Life poszliśmy nad morze na molo.

 Tu było podobnie jak w naszym Sopocie (tylko molo dużo krótsze) ale za to dojście ciekawe bo w wąwozie wykopanym w wydmach. Była więc ochrona przed wiatrem, a szum morza i piasek z muszelkami pod nogami pozostały. Potem bulwarem, już takim klasycznym, wybetonowanym, w sezonie podejrzewam że ciężko przejść, spacerkiem wybraliśmy restauracyjkę na obiad. Zamówiliśmy danie dnia. Pierwsze danie zaskoczyło nas formą podania, bo w szklankach z duraleksu dostaliśmy zupę pomidorową :D ale w smaku była fantastyczna, a drugim daniem podbili nasze serca i podniebienia-ziemniaki purre, podane jak bukiet kwiatów, z owocami morza pod beszamelowym sosem-bomba! Po tych doznaniach wróciliśmy obiecując sobie jeszcze powrót do Blankenberge w lecie :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz