Bieszczady to miejsce do dziś jeszcze z łatką dzikości, naturalności i swobodnego obcowania i przyrodą. My jeździmy tam w sierpniu, w tym czasie odbywają się tydzień po tygodniu dwie fantastyczne imprezy muzyczne: Bies Czad Blues i Rozsypaniec.
Obie te imprezy spokojnie pozwalają na muzyczną podróż z małym, nawet, dzieckiem. Nie spotyka się żadnych negatywnych aspektów które czasem mogą towarzyszyć ostrzejszym gatunkom muzycznym i które mogłyby zagrażać dzieciom. Zatem hasłem przewodnim naszych podróży było ''wieczorem blues, rano połoniny". Pierwszy raz jak tam byliśmy Zosia miała 3lata. Gdzie można zabrać dziecko w tym wieku? Mieszkaliśmy wtedy w Cisnej, sama miejscowość już jest atrakcją, to o niej śpiewała K.Prońko. Miejscowość turystyczna, są więc sklepiki pamiątkowe, są miejsca widokowe, jest plac zabaw... Po spacerze, poszliśmy na przystanek Kolejki Bieszczadzkiej,
by mniejszym wysiłkiem przymierzyć górskie trasy i nacieszyć oko widokami. Rok później do tej kolejki była doczepiona platforma na której całą drogę Majdan-Przysłup grali artyści zapraszając na wieczorny festiwal. Niezapomniane wrażenia-widoki cudne przy najmilszych dźwiękach muzyki :-) Zachwyceni wszyscy i duzi i mali.
Spacer z Cisnej do Dołżycy jest też w zasięgu dziecka a po drodze mija się kilka ciekawych miejsc i górskie potoki.
Innego dnia znajomi zabrali nas nad Solinę. Tama tam zbudowana jest deptakiem zapewniającym krajobrazy rzadkie do oglądania.
Jezioro Solińskie z żaglówkami a dookoła góry widok ładujący akumulatory ; -) Ponieważ, jest to kolejne miejsce wybitnie turystyczne, nie brakuje tu atrakcji dla dzieci-wesołe miasteczka jedne obok drugich, z czego Zosia korzystała oczywiście.
Ponieważ, znajomi byli niezwykle zorientowani w bieszczadzkich okolicach, poprosiłam o poradę gdzie jeszcze mogę wybrać się z trzylatką. Usłyszałam tak bajeczne zapewnienia że wejście do Schroniska Chatka Puchatka jest banalnie proste, że przysięgam moja wyobraźnia narysowała mi szeroką szutrową drogę. Następnego dnia rano wstaliśmy wcześnie, co po wieczornym festiwalu nie było łatwe, PKS-em dojechaliśmy do wejścia do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Ruszyliśmy, bardzo szybko okazało się, że wykonałam głupotę życia. Nie, żebym nie posiadała odpowiedniego obuwia, przyjechaliśmy przecież w góry, ja rozsądna, przygotowana mama miałam wszystko-tyle, że w hotelu w szafie :P , to "lekka" trasa szutrowa przecież miała być :P a na co dzień jak śmigaliśmy w sierpniowe upały, to przecież nie w górskich buciorach tylko w sandałkach.
Jasna pogoda, co tu robić, wracać? Ale Zosia ma powiedziane, że idzie do Chatki Kubusia Puchatka i wracać nie chce,
mąż po porannej pobudce (pofestiwalowej przypominam) też nie chce słyszeć o powrocie. Dobra idziemy dalej, sandałki, na szczęście nie jakieś kościółkowe, tylko normalnie turystyczne z czterema regulacjami.
Nastąpiło więc mocniejsze umocowanie do stopy i w drogę. Droga fajna przez las, z zachwycającym krajobrazem, dopiero sama końcówka jest połoniną, więc tu słońce trochę dokuczyło Zosi ale było już blisko więc dała radę :-) na górze modliłam się, aby jakiś Kubuś tam był, bo byłoby wielkie rozczarowanie-ale był, wszystko się dobrze skończyło. Widoki z góry przepiękne a świadomość zdobycia szczytu sprawiała, że Zosia rosła w oczach.
Rok później ja weszłam tu jeszcze raz i przemierzyłam cala Połoninę Wetlińską, ale już z koleżankami bez córki, trasa w odpowiednich butach,rzeczywiście bardzo prosta.
Niedaleko Majdanu w Lisznej znajduje się też Górskie Mini Zoo/Leśny Zwierzyniec. Do którego warto się wybrać.
Zosia i mama np: miały okazję zobaczyć muflony, o których opowiadał tata z Sudetów.
W Cisnej jest też bardzo znany lokal zwany Siekierezada. Odwiedziliśmy go już nie z trzy a siedmiolatką.
Dużo legend i opowieści troli bieszczadzkich można tu posłuchać ale to już musicie poznać sami ;-)

























