niedziela, 30 kwietnia 2017

Biesy i Czady

Robiąc porządki, natknęłam się na archiwalne zdjęcia z naszych podróży gdy Zosia była mała. Okazuje się, że mam jeszcze kilka opowieści do przytoczenia na moim blogu, a tym samym, mam nadzieję na pokazanie paru atrakcyjnych miejsc na podróż z dzieckiem.
Bieszczady to miejsce do dziś jeszcze z łatką dzikości, naturalności i swobodnego obcowania i przyrodą. My jeździmy tam w sierpniu, w tym czasie odbywają się tydzień po tygodniu dwie fantastyczne imprezy muzyczne: Bies Czad Blues i Rozsypaniec.

Obie te imprezy spokojnie pozwalają na muzyczną podróż z małym, nawet, dzieckiem. Nie spotyka się żadnych negatywnych aspektów które czasem mogą towarzyszyć ostrzejszym gatunkom muzycznym i które mogłyby zagrażać dzieciom. Zatem hasłem przewodnim naszych podróży było ''wieczorem blues, rano połoniny". Pierwszy raz jak tam byliśmy Zosia miała 3lata. Gdzie można zabrać dziecko w tym wieku? Mieszkaliśmy wtedy w Cisnej, sama miejscowość już jest atrakcją, to o niej śpiewała K.Prońko. Miejscowość  turystyczna, są więc sklepiki pamiątkowe, są miejsca widokowe, jest plac zabaw... Po spacerze, poszliśmy na przystanek Kolejki Bieszczadzkiej,

by mniejszym wysiłkiem przymierzyć górskie trasy i nacieszyć oko widokami. Rok później do tej kolejki była doczepiona platforma na której całą drogę Majdan-Przysłup grali artyści zapraszając na wieczorny festiwal. Niezapomniane wrażenia-widoki cudne przy najmilszych dźwiękach muzyki :-) Zachwyceni wszyscy i duzi i mali.
 

Spacer z Cisnej do Dołżycy jest też w zasięgu dziecka a po drodze mija się kilka ciekawych miejsc i górskie potoki.

Innego dnia znajomi zabrali nas nad Solinę. Tama tam zbudowana jest deptakiem zapewniającym krajobrazy rzadkie do oglądania.

Jezioro Solińskie z żaglówkami a dookoła góry widok ładujący akumulatory ; -) Ponieważ, jest to kolejne miejsce wybitnie turystyczne, nie brakuje tu atrakcji dla dzieci-wesołe miasteczka jedne obok drugich, z czego Zosia korzystała oczywiście.
Ponieważ, znajomi byli niezwykle zorientowani w bieszczadzkich okolicach, poprosiłam o poradę gdzie jeszcze mogę wybrać się z trzylatką. Usłyszałam tak bajeczne zapewnienia że wejście do Schroniska Chatka Puchatka jest banalnie proste, że przysięgam moja wyobraźnia narysowała mi szeroką szutrową drogę. Następnego dnia rano wstaliśmy wcześnie, co po wieczornym festiwalu nie było łatwe, PKS-em dojechaliśmy do wejścia do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Ruszyliśmy, bardzo szybko okazało się, że wykonałam głupotę życia. Nie, żebym nie posiadała odpowiedniego obuwia, przyjechaliśmy przecież w góry, ja rozsądna, przygotowana mama miałam wszystko-tyle, że w hotelu w szafie :P , to "lekka" trasa szutrowa przecież miała być :P a na co dzień jak śmigaliśmy w sierpniowe upały, to przecież nie w górskich buciorach tylko w sandałkach.
Jasna pogoda, co tu robić, wracać? Ale Zosia ma powiedziane, że idzie do Chatki Kubusia Puchatka i wracać nie chce,
mąż po porannej pobudce (pofestiwalowej przypominam) też nie chce słyszeć o powrocie. Dobra idziemy dalej, sandałki, na szczęście nie jakieś kościółkowe, tylko normalnie turystyczne z czterema regulacjami.

Nastąpiło więc mocniejsze umocowanie do stopy i w drogę. Droga fajna przez las, z zachwycającym krajobrazem, dopiero sama końcówka jest połoniną, więc tu słońce trochę dokuczyło Zosi ale było już blisko więc dała radę :-) na górze modliłam się, aby jakiś Kubuś tam był, bo byłoby wielkie rozczarowanie-ale był, wszystko się dobrze skończyło. Widoki z góry przepiękne a świadomość zdobycia szczytu sprawiała, że Zosia rosła w oczach.


Rok później ja weszłam tu jeszcze raz i przemierzyłam cala Połoninę Wetlińską, ale już z koleżankami bez córki, trasa w odpowiednich butach,rzeczywiście bardzo prosta.
Niedaleko Majdanu w Lisznej znajduje się też Górskie Mini Zoo/Leśny Zwierzyniec. Do którego warto się wybrać.


Zosia i mama np: miały okazję zobaczyć muflony, o których opowiadał tata z Sudetów.

W Cisnej jest też bardzo znany lokal zwany Siekierezada. Odwiedziliśmy go już nie z trzy a siedmiolatką.



Dużo legend i opowieści troli bieszczadzkich można tu posłuchać ale to już musicie poznać sami ;-)

niedziela, 23 kwietnia 2017

Spacer z krasnoludkami

Z okazji dziesiątych urodzin Zosi pojechaliśmy do Wrocławia. Stolica Dolnego Śląska od lat była tak oczywistym punktem zwiedzania, że aż trudno uwierzyć, że w celu tak na maksa turystycznym byliśmy tam pierwszy raz. Wrocław od lat wśród moich znajomych nosił miano najbardziej czarodziejskiego i metafizycznego miejsca na ziemi, aż głupio było się przyznawać, że nie znam.
Rzeczywiście pod względem architektonicznym przywodzi na myśl najładniejsze zakątki jakie widziałam. Właściwie w którą stronę odwrócić głowę, coś kusi wzrok i budzi zaciekawienie-co to takiego?


ale po kolei, zaparkowaliśmy w okolicach Panoramy Racławickiej, nie wiem czy zdecydowałabym się na pójście tam z dziesięciolatką, gdyby nie fakt, że dosłownie dzień wcześniej Zosia miała do szkoły wymienić obrazy prezentujące historię Polski-w Warszawie byłyśmy, łatwo poszło, ale Google podpowiedział również Bitwę pod Racławicami... Ani ja, ani mąż, ani tym bardziej Zosia nie byliśmy, nie widzieliśmy wcześniej Panoramy Racławickiej

- powiem tak, każdy kto wacha się czy to na pewno zainteresuje dziecko, uspokajam- my dorośli ludzie byliśmy oczarowani i pod takim wrażeniem, że szok, a Zosia jest na maksa chętna chodzić po muzeach i oglądać malarstwo. Nie wie, jeszcze, że właściwie nigdzie już nie zobaczy tak przedstawionego obrazu, ale nic to, na razie niech pielęgnuje w sobie ten zachwyt sztuką. Samo wejście przyciemnionym korytarzem w kształcie ślimaka, gdy powoli nad głowami zaczyna wyłaniać się piękne niebo i masz nieodparte wrażenie, że to prawdziwe, a z każdym krokiem na przód widzisz więcej obrazu, aż w końcu stajesz i gubi Ci się perspektywa. Z trudem odkrywasz gdzie kończy się obraz a gdzie zaczyna trójwymiarowa inscenizacja. Cudo!


Fantastyczne miejsce dla dorosłych i dzieci by zabrać je w przepiękny świat sztuki. Potem z głośników jest około 15-to minutowa opowieść o obrazie, jego historii i tym co przedstawia, najmłodsze dzieci mogą już tu być mniej zainteresowane, moja słuchała z zaciekawieniem.
Obok budynku panoramy jest Bastion Ceglarski,
tylko zerknęliśmy bo celem był rynek a i pora wskazywała na obiadek. Podkręceni filmową otoczką szukaliśmy kultowego baru Miś, jednak kolejka przegrała z naszym głodem i wylądowaliśmy na naleśnikach. Z napełnionymi brzuszkami skierowaliśmy swe kroki na Rynek.
Jeden z największych rynków staromiejskich w Europie. Dech zapiera, duży, nie do ogarnięcia jednym rzutem oczu. Z największymi Ratuszami w Polsce.
Centralną część rynku zajmuje blok śródrynkowy. Piękne kolorowe kamieniczki sprawiają wrażenie jak z piernika.


Bajkowa inscenizacja. Klimatu bajkowego dodaje także sprytnie wymyślony i pięknie zrealizowany chwyt reklamowy Wrocławia-krasnale!




Są wszędzie, jednych trzeba szukać nisko innych wysoko, każdy ma imię i symboliczną opowiastkę. Jeszcze w domu, przygotowując się do tej wycieczki, ściągnęłam aplikację Wrocławskie Krasnale i to bardzo ułatwiło poszukiwania. Chodziliśmy po rynku i przylegających uliczkach a jest ich aż 11! zatrzymując się przy znalezionych krasnoludkach, poszczególnych kamienicach z których każda ma jakąś historię.



Dużo czasu można spędzić na wrocławskim rynku, podziwiając architekturę najlepiej zachowanego Ratusza, różnobarwność zabudowań segmentu sródrynkowego. Drepcząc tak w poszukiwaniu krasnali dotarliśmy do Ostrowa Tumskiego.

Najstarsza, zabytkowa część Wrocławia, która powstała na ówczesnej wyspie.
Kolejne magiczne miejsce. Gotycka zabudowa, Katedra, zwana matką kościołów śląskich


historia jej sięga 1000 roku, most na który, po przekazaniu Ostrowa władzom kościelnym, nawet koronowane głowy przed wejściem musiały zdjąć koronę.




Wszystko to okraszone opowieściami i zabawą z krasnalami dało nam 100% spełnienie wrażeń, doznań turysty ale i jak zwykle poczucie niedosytu...będzie trzeba tu wrócić  

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

"UĆ" ;-)

Podczas wycieczki do Warszawy Zosia zadała mi pytanie:
- mamo, a w Łodzi to nie ma nic do zwiedzania? Przyszedł więc czas na poznawanie  najbardziej okolicznej historii i tajemnic  ;-)
Długo się zastanawiałam nad planem wycieczki.
Z jednej strony, wiadomo, należało wybrać miejsca interesujące dla 10-cio latki, z drugiej zaś, mnie zależało na pokazaniu jej tego czego nie znajdzie w innym mieście. Łódź miasto kontrastów. Pojechałyśmy pociągiem, bo to teraz czasy, że przejażdżka pociągiem, tramwajem jest już atrakcją ;-) Plan wycieczki zaczynał się w Parku Źródliska I, przy wejściu zachęcała Palmiarnia (chłodny poranek skusił nas do wejścia;-)). Super miejsce,
Zosi się tam tak spodobało, że prawie płaczem wymusiła możliwość pozostania na warsztatach ozdób Wielkanocnych. Cóż, ona została, a ja poszłam zorientować się w terenie parku i gdzie się potem przemieszczać, by nadrobić czas. Odwiedziłam znaną rodzinną kawiarnię Tubajka. Gdy Zoś skończyła, poszłyśmy przez park


do dzielnicy, która dla mnie była celem wycieczki-Księży Młyn.

Fantastyczne miejsce! Miasto w mieście, fabryczno-mieszkalny kompleks wybudowany przez jednego z największych łódzkich fabrykantów- Karola Scheiblera. Unikatowe i tak czarujące, że Zosia zapomniała o głodzie :P. Idąc wśród niesamowitych, zachowanych i zamieszkiwanych do dziś domów, mijając zaniedbane budynki po konsumach-sklepach, do których pracownicy fabryki otrzymywali talony (-opowiedziała nam o tym Pani poznana w Centrum Turysty, także o bardzo ciekawej lodówce kupców, o szkołach męskiej, żeńskiej i ich połączeniu,

 i o Kocim Szlaku), dotarłyśmy do fabryki Scheiblera -budynku przędzalni (ogromny, imponujący budynek),




rezydencji jego córki Pałacu Herbsta,

budynku Straży Ogniowej

 i bocznicy kolejowej. Ta ostatnia w opłakanym stanie. Potem przez Park Źródliska II doszłyśmy do ostatniego punktu zwiedzanego przez nas w tym fascynującym miejscu był nim Pałac Scheiblera,
w którym obecnie mieści się obecnie muzeum Kinematografii (jedyne w Polsce, Zosię zachwycił opis ręcznego, przy użyciu nożyczek i kleju, montażu filmów). Kolejne miejsce pobudzające wyoberaźnię-byłyśmy na spotkaniu z E.Bodo i innymi aktorami spoglądającymi z wielu pamiątek, zdjęć i plakatów. Byłyśmy w świecie Muminków,

w budzie u Reksia, oraz na herbatce u Misia Uszatka, oraz stałyśmy się krasnoludkami z filmu  "Kingsajz'ie".


Opuszczając Księży Młyn przemieściłyśmy się na ulicę Piotrkowską-najdłuższą ulicę handlową w Europie. Tu wzdychając ochy i achy nad pięknymi kamienicami,





robiąc zdjęcia z żeliwnymi pomnikami Wielkich Łodzian lub postaci stworzonych przez łódzki Semafor,
 

szłyśmy aleją gwiazd lub Pomnikiem Łodzian Przełomu Wieków-mosiężne tabliczki w betonowych płytkach chodnika, zawierające nazwiska Łodzian,którzy zapragnęli, za opłatą, być częścią odnawianej "Pietryny". Dotarłyśmy do Placu Wolności gdzie zakończyłyśmy naszą wycieczkę obiecując sobie ponowną wizytę w mieście skąd "kot pochodzi"...