niedziela, 23 kwietnia 2017

Spacer z krasnoludkami

Z okazji dziesiątych urodzin Zosi pojechaliśmy do Wrocławia. Stolica Dolnego Śląska od lat była tak oczywistym punktem zwiedzania, że aż trudno uwierzyć, że w celu tak na maksa turystycznym byliśmy tam pierwszy raz. Wrocław od lat wśród moich znajomych nosił miano najbardziej czarodziejskiego i metafizycznego miejsca na ziemi, aż głupio było się przyznawać, że nie znam.
Rzeczywiście pod względem architektonicznym przywodzi na myśl najładniejsze zakątki jakie widziałam. Właściwie w którą stronę odwrócić głowę, coś kusi wzrok i budzi zaciekawienie-co to takiego?


ale po kolei, zaparkowaliśmy w okolicach Panoramy Racławickiej, nie wiem czy zdecydowałabym się na pójście tam z dziesięciolatką, gdyby nie fakt, że dosłownie dzień wcześniej Zosia miała do szkoły wymienić obrazy prezentujące historię Polski-w Warszawie byłyśmy, łatwo poszło, ale Google podpowiedział również Bitwę pod Racławicami... Ani ja, ani mąż, ani tym bardziej Zosia nie byliśmy, nie widzieliśmy wcześniej Panoramy Racławickiej

- powiem tak, każdy kto wacha się czy to na pewno zainteresuje dziecko, uspokajam- my dorośli ludzie byliśmy oczarowani i pod takim wrażeniem, że szok, a Zosia jest na maksa chętna chodzić po muzeach i oglądać malarstwo. Nie wie, jeszcze, że właściwie nigdzie już nie zobaczy tak przedstawionego obrazu, ale nic to, na razie niech pielęgnuje w sobie ten zachwyt sztuką. Samo wejście przyciemnionym korytarzem w kształcie ślimaka, gdy powoli nad głowami zaczyna wyłaniać się piękne niebo i masz nieodparte wrażenie, że to prawdziwe, a z każdym krokiem na przód widzisz więcej obrazu, aż w końcu stajesz i gubi Ci się perspektywa. Z trudem odkrywasz gdzie kończy się obraz a gdzie zaczyna trójwymiarowa inscenizacja. Cudo!


Fantastyczne miejsce dla dorosłych i dzieci by zabrać je w przepiękny świat sztuki. Potem z głośników jest około 15-to minutowa opowieść o obrazie, jego historii i tym co przedstawia, najmłodsze dzieci mogą już tu być mniej zainteresowane, moja słuchała z zaciekawieniem.
Obok budynku panoramy jest Bastion Ceglarski,
tylko zerknęliśmy bo celem był rynek a i pora wskazywała na obiadek. Podkręceni filmową otoczką szukaliśmy kultowego baru Miś, jednak kolejka przegrała z naszym głodem i wylądowaliśmy na naleśnikach. Z napełnionymi brzuszkami skierowaliśmy swe kroki na Rynek.
Jeden z największych rynków staromiejskich w Europie. Dech zapiera, duży, nie do ogarnięcia jednym rzutem oczu. Z największymi Ratuszami w Polsce.
Centralną część rynku zajmuje blok śródrynkowy. Piękne kolorowe kamieniczki sprawiają wrażenie jak z piernika.


Bajkowa inscenizacja. Klimatu bajkowego dodaje także sprytnie wymyślony i pięknie zrealizowany chwyt reklamowy Wrocławia-krasnale!




Są wszędzie, jednych trzeba szukać nisko innych wysoko, każdy ma imię i symboliczną opowiastkę. Jeszcze w domu, przygotowując się do tej wycieczki, ściągnęłam aplikację Wrocławskie Krasnale i to bardzo ułatwiło poszukiwania. Chodziliśmy po rynku i przylegających uliczkach a jest ich aż 11! zatrzymując się przy znalezionych krasnoludkach, poszczególnych kamienicach z których każda ma jakąś historię.



Dużo czasu można spędzić na wrocławskim rynku, podziwiając architekturę najlepiej zachowanego Ratusza, różnobarwność zabudowań segmentu sródrynkowego. Drepcząc tak w poszukiwaniu krasnali dotarliśmy do Ostrowa Tumskiego.

Najstarsza, zabytkowa część Wrocławia, która powstała na ówczesnej wyspie.
Kolejne magiczne miejsce. Gotycka zabudowa, Katedra, zwana matką kościołów śląskich


historia jej sięga 1000 roku, most na który, po przekazaniu Ostrowa władzom kościelnym, nawet koronowane głowy przed wejściem musiały zdjąć koronę.




Wszystko to okraszone opowieściami i zabawą z krasnalami dało nam 100% spełnienie wrażeń, doznań turysty ale i jak zwykle poczucie niedosytu...będzie trzeba tu wrócić  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz