Dwa, trzy lata temu gdy Zosia stawała się zuchem, wszystko co pozwalało czuć się samodzielną było super ważne, wtedy taki wyjazd byłyby niemożliwy. Teraz w czwartej klasie okazuje się, że to "sama,sama ważna mi dama" nie jest już priorytetem a na możliwość pojechania z wspólnie z mamą reaguje się entuzjazmem :-) wiec prośbę córki bym pojechała, bo na wycieczkę potrzebni są chętni rodzice, odebrałam jako duży plus i schlebiło mi, że jednak mamy fajne relacje ;-)
Wycieczka rowerowa, na tą okoliczność dzieci w piątek zdawały kartę rowerową i oczywiście wszystkie zaliczyły. Plan wycieczki układał wychowawca klasy, nauczyciel W-f'u więc było wyczerpująco, ale i uroczo. W stronę Burzenina jechaliśmy zachaczając o szlak bunkrów "Linia obrony rzeki Warty"Trasa wiodła pięknymi naturalnymi ścieżkami, wśród pól i łąk. Dla oka, cud miód, dla pedałowania trochę ciężej, dzieci dzielnie znosiły trudy wyprawy. Nawet deszcz specjalnie ich nie zniechęcił, co niektórzy tylko troszkę zmartwili się, że rowery się pobrudzą :D
Po dojechaniu do ośrodka Sportowa Osada, obiedzie, lekkim zakwaterowaniu w namiotach, dzieci czekała kolejna przygoda w Parku Linowym. Zosia, pamiętając porażkę, na Wawrzkowiźnie, dzielnie stawiała czoło swoim słabościom. Nagrodą była tyrolka; -)
Podobało mi się wsparcie, jakim uczniowie klasy obdarzali się nawzajem, a gdy tego było mało szukali wsparcia w modlitwie ;-) końcówki tych wysiłków oglądali też rodzice zaproszeni na gry integracyjne i ognisko. Nauka gry w palanta zajęła popołudnie aż do ogniska. To, odbyło się z małymi przygodami, bo w międzyczasie wzywałyśmy straż pożarną do gniazd szerszeni i os. "Czujni przedstawiciele OSP błyszcząc charyzmą i błyskotliwością" uspokajali nas że już jesteśmy bezpieczni i prędzej nas komary zjedzą niż owady żądlące :P
Komary postanowiliśmy odstraszyć dymem z ogniska. Po rozjechaniu się rodziców i wieczornej toalecie młodzieży, starszyzna zasiadała przy ognisku licząc na szybką ciszę w namiotach. Cisza szybko nie zapadała, w efekcie czego, wyznaczeni zostali "ochotnicy" do robienia rano śniadania.
W ogóle posiłki typu śniadania i kolacje przyrządzały dzieci, a my z podziwem i dumą cichutko zachwycaliśmy się jak to komputerowe pokolenie radzi sobie z prozaicznymi czynnościami bez ekranu dotykowego i internetu ;-) Telefony, zresztą, też były dostępne na około pół godziny dziennie.
Drugi dzień zaczął się od krótkiej przejażdżki do miejsca wodowania pontonów. Potem fantastyczna podróż w dół Warty, dwoma pontonami gdzie oczywiście prym wiodły dzieci. Szybko ujawnił się wśród nich sternik, który fantastycznie sterował początkującymi wioślarzami
Po obiedzie, kolejny wysiłek dla młodych adeptów przygody-wojskowy tor przeszkód. Łatwo nie było, ale towarzystwo bardzo dzielnie znosiło trudy i fajnie dopingowało się nawzajem.
Wieczór w postaci zaplanowanych podchodów zniszczyła nam burza- jak to w Burzeninie ;-) ale prędko plany zostały zmienione i uczyliśmy się swietnego tańca "Belgijka". Śmiechem i harcami przegoniliśmy złą pogodę i wróciliśmy na ognisko.
Noc minęła spokojnie, a w ostatni dzień po śniadaniu, spakowaniu bagaży do busa ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Wzmocnieni dwoma intensywnymi sportowymi dniami, droga powrotna szła niczym z płatka, tym bardziej że trasą asfaltową. Pod stromą górę pojechał każdy nasz cyklista i do szkoły wróciliśmy dumni i bladzi.
Z Zosi jestem dumna, ale też mając na uwadze już zaliczone dwa obozy i kilka biwakow, nie zaskoczylo mnie to jakiś szalenie, a biorąc pod uwagę że dla części dzieci to był pierwszy pobyt poza domem, należy im się nie tylko karta rowerowa ale i zasłużona piątka z plusem :-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz