niedziela, 4 listopada 2018

Najdziwniejszy urlop


Tegoroczne wakacje były dziwne. Nie wiem czy to dobre określenie. Planowalismy, że będą wyjątkowe. Pierwsze zorganizowane, wykupione wczasy w ośrodku, jakoś tak miało być "normalnie" jak "wszyscy" stateczni ludzie ;-) i co? i znów wyszła partyzantka..., ale od poczatku.
Pojechaliśmy w trójkę do Polski. Już po drodze dostaliśmy informację, że męża mama trafiła do szpitala.
Pierwszy tydzień mieliśmy spędzić w Zduńskiej Woli. Pierwsza zmiana planów. Po dotarciu i jednodniowym odpoczynku, znów w auto i w Sudety. Niedzielę spędziliśmy z Zosi babcią w szpitalu. Wieczorem odwiedziny u Zosi kuzynki w Nowej Rudzie. Kolejny dzień  zaczęliśmy najbardziej wakacyjne jak można, bo od lodów :-) (nie pamiętam czy kiedykolwiek już pisałam o kawiarni Biała Lokomotywa) nie znam pyszniejszych lodów, zwłaszcza  pistacjowych. Właściciel ma własne receptury i patenty na lody i kawę i jest absolutnym mistrzem świata i okolic. Potem pojechaliśmy do miniatur w Kłodzku bo postanowiłam je porównać do tych z Brukseli.

Miejsce miłe, zadbane i wszystko byłoby na miejscu gdyby nazwa była "Mini Europa " i zabytki ziemi kłodzkiej. 
Bez tego uzupełnienia trochę ma się poczucia, że mało Europy na tle zabytków dolnośląskich i zupełnie nie wiadomo do czego dopasować statuę wolności :-)

Powrót do centralnej Polski, my z Zosią na cztery dni, mąż w miedzy czasie jeszcze raz pojechał do mamy (druga zmiana planów).
W piątek ruszyliśmy na północ do trójmiasta. Miły weekend spędzony z moją rodziną na śmiechu, zakupach, wieczorami spacerach (bo w ciągu dnia upał był nie do zniesienia), koncertach, ogólnie miło :-)
Następnego dnia w podróży do ośrodka wczasowego doścignęła nas wiadomość że mamy stan się pogorszył.
Ośrodek "Kacze Stawy" marzenie dla rodzin z dziećmi i zwierzakami.
Ponad 70 domków, umiejscowionych tak, że każdy ma odrębność i intymność. Basen z podgrzewaną wodą (w tym roku nie było takiej potrzeby ;-))
kilka placów zabaw, boisk do gier i zajęcia organizowane od rana do wieczora dla dzieciaków w różnym wieku. Dodatkowym atutem przepyszne jedzenie i autobusy wożące na plażę w Łebie. U nas upał, atmosfera rodzinna i lekka niechęć do auta powodowały że Zosi zachwyt ośrodkiem, basenem i zajęciami pozwalały nie myśleć o jeździe nad morze. Cudownie było patrzeć na radość dziecka kąpiącego się do 23ej  w basenie.
W środę przyszła ta najsmutniesza wiadomość i po rozwarzeniu rozsądnych za i przeciw postanowiliśmy, że w podróż 730km z Łeby do Srebrnej Góry pojedziemy my z mężem. Zosia zostanie z moją mamą i pieskiem na wczasach. Trzecia zmiana planów. I kolejne dwa i pół dnia spędziliśmy na jeździe z północy na południe i z południa na północ Polski. W całej tej niedoli pocieszająca była  tylko myśl że córcia jest szczęśliwa w basenie albo innych zajęciach z gotowania ; -)

Ostatni dzień, nie mogłam pozwolić by będąc tak blisko ruchomych wydm, nie pokazać ich córce, więc przegonilam nas jeszcze po lesie, wydmach i najpiękniejszej dzikiej plaży by dopiero na koniec usłyszeć że było warto, choć ciężko :P


Podczas wędrówki lasem zajrzałyśmy jeszcze do wyrzutni rakiet. Miejsce godne odwiedzenia.

W drodze powrotnej do Zduńskiej Woli pojechaliśmy na rybkę do Łeby.ö
Tam nie można było ominąć domku z piernika do góry nogami.

Resztę tygodnia załatwialiśmy jeszcze różne sprawy urzędowe i inne , by w piątek wsiąść w samochód i wrócić 1300km do Belgii. Dziwny to był urlop.


czwartek, 12 lipca 2018

Daleko w Huy w historię

W tym roku wakacje są inne od poprzednich. Szkoła skończyła się 29.06 i już w niedzielę 01.07 zawieźliśmy Zosię na tygodniowy obóz taneczny w Ardenach. Góry bardzo ładne, dla nas porównywalne z Sudetami, nie wiedzieć czemu Belgowie mówią o nich pagórki. Z obozu córka jest bardzo zadowolona a my dwa razy mieliśmy kurs w góry. Za drugim razem jadąc po nią, zwróciłam uwagę na ciekawą zabudowę i w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w miejscowości jak się okazało o oryginalnej nazwie Huy.
Najpierw trafiliśmy do Colegiaty Notre Dame.

Piękny gotycki klasztor robił wrażenie.
 
Następnie idąc kawałek wzdłuż rzeki Moza
doszliśmy do miejsca, skąd zaczyna się wspinaczka na forty. Weszliśmy na górę i za symboliczną opłatą fortyfikacja stanęła przed nami otworem.
Spodziewaliśmy się że zetkniemy się klimatem podobnym do srebrnogórskiej czy kłodzkiej twierdzy, bo wygląd bardzo przypominał styl budów z czasów napoleońskich, ale ku naszemu zaskoczeniu właściwie nic nie było o czasach napoleońskich a fort wybudowali w XIXw Holendrzy. Okazało się, że miejsce to w czasie II wojny światowej przejęli Niemcy i urządzili więzienie i tajną siedzibę Gestapo. Przetrzymywano tam ponad 6000 wieźniów. Wielka sfastyka spotkana w drugim chyba pomieszczeniu-pomieszczeniu-sali przesłuchań, wywołała ciarki. Potem cele, karcery i liczne  przedmioty, zdjęcia z czasów wojny znów były przyczynkiem do rozmów i tłumaczenia historii Zosi. I tak całkiem niespodziewanie zajechaliśmy w Huy w historię.
Na koniec z punktów widokowych na twierdzy podziwialiśmy widoki.





wtorek, 10 lipca 2018

W górze, miniaturze i wodzie

Nastała lepsza pogoda, czas przynajmniej w co któryś weekend poszerzać wiedzę i znajomość Belgii.
Od pierwszej naszej wizyty w Brukseli i ominięciu atomium, męczył mnie fakt nie odwiedzenia tego symbolu stolicy i postanowiłam dorobić do tego wycieczkę.
Pojechaliśmy zatem. Po  wcześniejszym przestudiowaniu Internetu,ustaliłam, że najkorzystniej będzie na miejscu kupić bilet na trzy atrakcje razem, leżące w niedalekiej odległości. Zwiedzanie zaczęliśmy od Atomium właśnie. Konstrukcja modelu atomu żelaza, jako  atrakcja zrobiona na Expo, podobnie jak wieża Eiffla miala zostać rozebrana po imprezie. Nie zrobiono tego jednak i przez 60lat tak wryła sie w koloryt miasta że stała się jego symbolem. Jednak dopiero po renowacji i wymianie elementów aluminiowych na ze stali nierdzewnej, udostępniono obiekt dla zwiedzających.
Powiem tak, z zewnątrz robi niesamowite wrażenie i poczucie, że bycie w środku dostarczy cudownych wrażeń. Po przejściu całości można doznać rozczarowania. Mało, za mało widać panoramę, to jest mój główny zarzut.
Kolejnym punktem programu był park miniatur Mini Europe.
Ogólnie bardzo ładnie, starannie, tylko strasznie biednie przedstawiono Polskę. Jak na tak duży kraj w Unii Europejskiej to Dwór Artusa, fontanna Neptuna i pomnik Trzech Krzyży ze zdjęciem Wałęsy to właściwie jak nic nie pokazać. Ale wymusili na mnie dwa postanowienia: muszę odwiedzić Londyn
i mini Europę koło Ząbkowic Śląskich - dla porównania.
Ostatnim punktem wycieczki był park wodny Oceade. Też nic nadzwyczajnego. Każdy punkt z dzisiejszego dnia zwiedzany osobno, byłby rozczarowniem ale w sumie trzy razy po trzy i pół daje ponad dychę i tak oceniamy naszą niedzielną wycieczkę. Do Brukseli wrócimy latem by zobaczyć dywan kwiatowy, ale o tym w innym poście.
.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Pairi Daiza

No i stało się i czas to napisać - od jakiegoś czasu mieszkamy w Belgii. Troszkę to zamienia możliwości i perspektywę naszych podróży. I tak pewnej niedzieli wybraliśmy się do zoo Pairi Dainza niedaleko Brukseli.
Wydawać by się mogło, że zoo, jak zoo, klatki, zwierzęta i fajnie jak jest zróżnicowana rzeźba terenu, jak np.w Gdańsku. Pairi Daiza jest tutaj dość mocno reklamowane, weszłam na stronę, wyczytałam, że duża wagę przywiązują do rozmnażania zwierzat i co za tym idzie, dużo mają maluchów - dziedziaczki dla dzieciaków spora atrakcja-jedziemy!
Już na miejscu zaskoczył mnie przeogromny parking, coś się święci pomyślałam. Po wejściu, cwanie wręczyłam mapę, mężowi, mówiąc, chcemy zobaczyć wszystko, ty prowadź.
Ogroma przestrzeń, zaaranżowane  ruiny po starym klasztorze i ogrodach cystersów.
Obszar podzielony tematycznie i kontynentalnie.
Cudowna zabudowa dalekiego wschodu, fantastyczna przygoda afrykańskich przepraw wielki plac zabaw dla najmłodszych.

Doprawdy zwierzęta są tu wręcz dodatkiem.
Bardzo miłym dodatkiem i mają tak odwzorowanie naturalne warunki, że ludzie w dużych miastach mniej żyją w naturalnych warunkach niż te zwierzęta w tzw.niewoli.
Po raz pierwszy, nie z pewną dozą nieśmiałości, byłyśmy z Zosią w kazamatach u nietoperzy, za szklaną ścianą ogladałyśmy krecie korytarze, a ślepe smyki śmiały po nich jak z gps'em. Nigdy wcześniej też nie miałam okazji oglądać misiów koala.
Ten ogród śmiało mogę polecić do odwiedzania i my na pewno jeszcze tam wrócimy.




Marzenia się spełniają

Od ponad 20- tu lat marzyłam o wizycie w Paryżu. Gdy zobaczyłam na zdjęciu katedrę Nothre Dame wiedziałam, że muszę tam pojechać i przeżyć na żywo  ten dreszcz, który towarzyszy mi gdy patrzę na zdjęcia katedry.
Wyprawę zarezewowaliśmy kilka miesięcy wcześniej, rezerwując moim doświadczonym sposobem w Ibis Budget i jak zwykle nie wydałam majątku na nocleg. (Dwa pokoje, pięć osób, wraz ze śniadaniem niecałe 150€)

Pojechaliśmy, jak już wspomniałam w pięć osób, plan nie był wypasiony. Generalnie ja cisnęłam na katedrę, wieżę Eiffla i Luwr dwa ostatnie, głównie ze względu na Zosię. Uważałam, że to ważne punkty dla mojej jedenastolatki globtroterki ;-)

Jarek chciał na Mountmarte a reszta nie miała życzeń. Chcieliśmy bez ciśnienia dać się ponieść atmosferze miasta ;-)

Miasto wraz z pogodą chyba miało nieco inne plany.

Metro bez trudu opanowaliśmy i śmiało mogę polecić ten środek transportu.

Pomknęliśmy do Katedry w strugach deszczu i nie za bardzo mogąc zadzierć głowę w celu doznań estetycznych, dreszcze przeżywałam i owszem, ale zgoła inne od tych planowanych ;-) w środku, oczywiście nie padało więc rozkoszowałam się tym co było mi dane. Do dziś jednak nadal więcej kręci mnie w dołku patrząc na fotografie katedry niż wtedy stojąc na wietrze i w deszczu.
Następnie przemieściliśmy się do Luwru. Tam dziękując internetowi za możliwość kupowania online i omijania gigantycznych kolejek, dość sprawnie dostaliśmy się do środka
Tutaj wiadomo, można spędzić cały dzień a ja z dzieckiem, które ma jednak mieć miłe wrażenia z Paryża, nie chciałam przedobrzyć,-więc plan minimum był Mona Lisa i Venus z Milo. Moje bystre dziecko po dotarciu przed sławny obraz szybko skojarzyło podobieństwo z ogladaną przed rokiem Damą z gronostajem,
-"mamo, to wygląda jakby namalował ten sam pan" :-). Ogólnie sposób prezentacji tych najsłynniejszych arcydzieł w paryskim muzeum zrobił na nas średnie wyraźnie. Wolę intymny klimat Muzeum Narodowego w Krakowie.
Po zaspokojeniu głodu kultury przyszedł czas na ten bardziej przyziemny. I tu muszę to opisać, bo gdybym nie przeżyła to pewnie nikomu bym nie uwierzyła. Znaleźliśmy knajpkę, zamowilismy swoje wybrane dania i ja chcąc już tak garściami korzystać z mistycznego przeżywania klimatu Paryża, zamówiłam lampkę wina. Podano mi białe wino, do kurczaka, a jakże, schłodzone i w ...gorącej, prosto ze zmywarki lampce!
Po obiedzie pojechaliśmy popatrzeć na wieżę Eiffla. Popatrzeć, tak nam się wydawało bo Internet mówił że nie ma szans na bilety. I tu pierwsze miłe zaskoczenie i pozytyw z pogody (5`C, 30 kwietnia przypominam) ponieważ z marszu tak jak podeszlismy, mogliśmy kupić bilety na sam szczyt. Zakochałam się.
Wydawało mi się że wieża to dla mnie średnia atrakcja. Nie spodziewałam się takich doznań. Polecam gorąco. Naprawdę warto.
Po powrocie do hotelu, zabrałyśmy się z Ela za planowanie kolejnego dnia, bo przez pogodę, a z nią, tempo zwiedzania zaliczyliśmy już wszystko z listy :-)
Drugi dzień przywitał nas słońcem i temp o 10 st wyższą. Pojechaliśmy na cmentarz Pere Lachaise gdzie odnaleźlismy groby Fryderyka Chopina i Jima Morrisona.
 
Zosia fajnie skojarzyła z czeluści pamięci pomnik Chopina z Łazienek Warszawskich
i serce Chopina na Wawelu, miło mi jak łączy nasze podróże.
Potem pojechaliśmy porozkoszować się widokiem dostojnej wieży Eiffla w słońcu.
Skorzystalismy z rejsu po Sekwanie, który Zosiunia lekko przespała, tak przyjemnie bujało...I na koniec mąż mój zabrał głos, że skoro jest czas to jedziemy na Plac Pigalle . Kasztanów nie było, ale spacerkiem przeszliśmy pod
Moulin Rouge, przez
Mountmarte aż do bazyliki Sacre Coeur.

Myślę że dużo udało nam się zobaczyć ale wróciłambym jeszcze raz wolniej i w lepszej pogodzie...może kiedyś, ale na razie, tyle mam jeszcze do pokazania mojej córce.