Od ponad 20- tu lat marzyłam o wizycie w Paryżu. Gdy zobaczyłam na zdjęciu katedrę Nothre Dame wiedziałam, że muszę tam pojechać i przeżyć na żywo ten dreszcz, który towarzyszy mi gdy patrzę na zdjęcia katedry.
Wyprawę zarezewowaliśmy kilka miesięcy wcześniej, rezerwując moim doświadczonym sposobem w Ibis Budget i jak zwykle nie wydałam majątku na nocleg. (Dwa pokoje, pięć osób, wraz ze śniadaniem niecałe 150€)Pojechaliśmy, jak już wspomniałam w pięć osób, plan nie był wypasiony. Generalnie ja cisnęłam na katedrę, wieżę Eiffla i Luwr dwa ostatnie, głównie ze względu na Zosię. Uważałam, że to ważne punkty dla mojej jedenastolatki globtroterki ;-)
Jarek chciał na Mountmarte a reszta nie miała życzeń. Chcieliśmy bez ciśnienia dać się ponieść atmosferze miasta ;-)
Miasto wraz z pogodą chyba miało nieco inne plany.
Metro bez trudu opanowaliśmy i śmiało mogę polecić ten środek transportu.
Pomknęliśmy do Katedry w strugach deszczu i nie za bardzo mogąc zadzierć głowę w celu doznań estetycznych, dreszcze przeżywałam i owszem, ale zgoła inne od tych planowanych ;-) w środku, oczywiście nie padało więc rozkoszowałam się tym co było mi dane. Do dziś jednak nadal więcej kręci mnie w dołku patrząc na fotografie katedry niż wtedy stojąc na wietrze i w deszczu.
Następnie przemieściliśmy się do Luwru. Tam dziękując internetowi za możliwość kupowania online i omijania gigantycznych kolejek, dość sprawnie dostaliśmy się do środka
Tutaj wiadomo, można spędzić cały dzień a ja z dzieckiem, które ma jednak mieć miłe wrażenia z Paryża, nie chciałam przedobrzyć,-więc plan minimum był Mona Lisa i Venus z Milo. Moje bystre dziecko po dotarciu przed sławny obraz szybko skojarzyło podobieństwo z ogladaną przed rokiem Damą z gronostajem,
-"mamo, to wygląda jakby namalował ten sam pan" :-). Ogólnie sposób prezentacji tych najsłynniejszych arcydzieł w paryskim muzeum zrobił na nas średnie wyraźnie. Wolę intymny klimat Muzeum Narodowego w Krakowie.
Po zaspokojeniu głodu kultury przyszedł czas na ten bardziej przyziemny. I tu muszę to opisać, bo gdybym nie przeżyła to pewnie nikomu bym nie uwierzyła. Znaleźliśmy knajpkę, zamowilismy swoje wybrane dania i ja chcąc już tak garściami korzystać z mistycznego przeżywania klimatu Paryża, zamówiłam lampkę wina. Podano mi białe wino, do kurczaka, a jakże, schłodzone i w ...gorącej, prosto ze zmywarki lampce!
Po obiedzie pojechaliśmy popatrzeć na wieżę Eiffla. Popatrzeć, tak nam się wydawało bo Internet mówił że nie ma szans na bilety. I tu pierwsze miłe zaskoczenie i pozytyw z pogody (5`C, 30 kwietnia przypominam) ponieważ z marszu tak jak podeszlismy, mogliśmy kupić bilety na sam szczyt. Zakochałam się.
Wydawało mi się że wieża to dla mnie średnia atrakcja. Nie spodziewałam się takich doznań. Polecam gorąco. Naprawdę warto.
Po powrocie do hotelu, zabrałyśmy się z Ela za planowanie kolejnego dnia, bo przez pogodę, a z nią, tempo zwiedzania zaliczyliśmy już wszystko z listy :-)
Drugi dzień przywitał nas słońcem i temp o 10 st wyższą. Pojechaliśmy na cmentarz Pere Lachaise gdzie odnaleźlismy groby Fryderyka Chopina i Jima Morrisona.
Zosia fajnie skojarzyła z czeluści pamięci pomnik Chopina z Łazienek Warszawskich
i serce Chopina na Wawelu, miło mi jak łączy nasze podróże.
Potem pojechaliśmy porozkoszować się widokiem dostojnej wieży Eiffla w słońcu.
Skorzystalismy z rejsu po Sekwanie, który Zosiunia lekko przespała, tak przyjemnie bujało...I na koniec mąż mój zabrał głos, że skoro jest czas to jedziemy na Plac Pigalle . Kasztanów nie było, ale spacerkiem przeszliśmy pod
Moulin Rouge, przez
Mountmarte aż do bazyliki Sacre Coeur.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz