poniedziałek, 9 lipca 2018

Pairi Daiza

No i stało się i czas to napisać - od jakiegoś czasu mieszkamy w Belgii. Troszkę to zamienia możliwości i perspektywę naszych podróży. I tak pewnej niedzieli wybraliśmy się do zoo Pairi Dainza niedaleko Brukseli.
Wydawać by się mogło, że zoo, jak zoo, klatki, zwierzęta i fajnie jak jest zróżnicowana rzeźba terenu, jak np.w Gdańsku. Pairi Daiza jest tutaj dość mocno reklamowane, weszłam na stronę, wyczytałam, że duża wagę przywiązują do rozmnażania zwierzat i co za tym idzie, dużo mają maluchów - dziedziaczki dla dzieciaków spora atrakcja-jedziemy!
Już na miejscu zaskoczył mnie przeogromny parking, coś się święci pomyślałam. Po wejściu, cwanie wręczyłam mapę, mężowi, mówiąc, chcemy zobaczyć wszystko, ty prowadź.
Ogroma przestrzeń, zaaranżowane  ruiny po starym klasztorze i ogrodach cystersów.
Obszar podzielony tematycznie i kontynentalnie.
Cudowna zabudowa dalekiego wschodu, fantastyczna przygoda afrykańskich przepraw wielki plac zabaw dla najmłodszych.

Doprawdy zwierzęta są tu wręcz dodatkiem.
Bardzo miłym dodatkiem i mają tak odwzorowanie naturalne warunki, że ludzie w dużych miastach mniej żyją w naturalnych warunkach niż te zwierzęta w tzw.niewoli.
Po raz pierwszy, nie z pewną dozą nieśmiałości, byłyśmy z Zosią w kazamatach u nietoperzy, za szklaną ścianą ogladałyśmy krecie korytarze, a ślepe smyki śmiały po nich jak z gps'em. Nigdy wcześniej też nie miałam okazji oglądać misiów koala.
Ten ogród śmiało mogę polecić do odwiedzania i my na pewno jeszcze tam wrócimy.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz