Kraj czekolady, frytek i piwa. Zofię interesowało głównie to pierwsze, mnie to ostatnie. Zwiedzanie i odkrywanie tego kraju czynimy z Zosią niejako na raty, mając tam zapewnioną miłą miejscówkę i bazę wypadową.
Ostenda.
Belgijski kurort porównywalny do naszego Sopotu. Jest tu niezwykle szeroka piaszczysta plaża. Śmiem twierdzić że najszersza. Woda długo płytka, więc nawet ciepła, dużo drobnych i ładnych muszelek i skorup krabów.
Jest też długaśny bulwar oferujący mnogość atrakcji. Od oferty gastronomicznej, poprzez wypożyczalnie najróżniejszych pojazdów, po pamiątki. Część nadbrzeżna, portowa oferuje Akwarium, którego nie polecam, szkoda kasy, wielobarwne łodzie żaglowe oraz dwa statki do zwiedzania.
Pierwszym jest orginalny kuter rybacki przekształcony w muzeum i drugi, piękny żaglowiec - Mercator. Obok portu góruje zabytkowy dworzec kolejowy a troszkę na prawo śliczny kościół Św. Piotra i Pawła. Tego typu budowle nie przestają mnie zachwycać.
Z Ostendy rzut kamieniem ( 10min pociągiem) jest kolejna urokliwa miejscowość Brugia. Tu z kolei przychodzi na myśl skojarzenie z Wenecją.
Kolejnym miastem, które odwiedziliśmy i które gorąco polecam jest Gent (Gandawa). Miasto w którym, na starym mieście, w którąkolwiek stronę się nie popatrzy, budowle wprawiają w zachwyt i oczy się coraz to szerzej otwierają. No ale co tu dużo ukrywać, Belgów Niemcy nie zbombardowali tak jak nas i tu są zachowane cudeńka architektoniczne przyprawiające o zawrót głowy. Kościoły, katedry oraz zamek średniowieczny warto odwiedzić z dziećmi.
Jest też niemałą atrakcją rejs po kanale. Wiele jest stanowisk gdzie oferują rejsy na wieloosobowych łodziach. To miasto warto też odwiedzić wieczorem po zmierzchu. Wszystkie kamieniczki są podświetlane co razem z odbijającymi się w wodzie światłami robi niezapomniane wrażenie.
Wrócę jeszcze do zwiedzania Belgii w następnym poście.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz